Sezon festiwalowy czas zacząć!

Tym co kojarzy mi się z latem, oprócz słońca, kobiet i piwa są z pewnością letnie festiwale… Obrodziło ich ostatnimi czasy i jeśli człowiek się uprze (i zaoszczędzi odpowiednio dużo), to może w ciągu jednych wakacji zobaczyć wszystkie ulubione zespoły. Organizowany od trzech lat Jagórfest na razie nie daje takich możliwości, ale z czasem… kto wie? Impreza zwykle odbywa się w grudniu, w tym roku jednak po raz pierwszy doczekała się letniej edycji. Summer Jagórfest zaszczyciły obecnością polskie zespoły At The Lake i Dragon’s Eye - obydwa znane doskonale bywalcom Progresji. Byli też goście zagraniczni - silna reprezentacja Czech w postaci Hyperion i Vidock oraz główna gwiazda - Týr, wprost z Wysp Owczych...

Wszystko zaczęło się punktualnie o dziewiętnastej i gdy dziesięć minut później wchodziłem do klubu do mych uszu dobiegł przyjemny dźwięk instrumentów smyczkowych. Byłem prawie pewien, że to At The Lake z ich skrzypaczką. Okazało się, że na scenie stoi trzech wiolonczelistów, a towarzyszy im jeszcze perkusista. Ten oryginalny kwartet rozpoczął pierwszą edycję Summer Jagórfestu. Muzyka Hyperion da się najprościej zdefiniować jako doom metal, któremu dodatkowej głębi i smutku dodawało brzmienie wiolonczel. Do tego nie brakowało elementów folkowych i… o dziwo, metalowych riffów zagranych na wiolonczelach. Utwory zespołu były nieco podobne do muzyki grupy Apocalyptica, czego Czesi nie ukrywali wykonując kowery fińskich kolegów. Mankamentem była nieco zbyt głośna i monotonna perkusja, która prostym rytmem na dwie stopy często zakłócała popisy wiolonczelistów. Nie było to niedopatrzenie akustyka, tak samo utwory Hyperion brzmią na płycie, którą można było nabyć podczas koncertu. Zespół starał się uatrakcyjnić koncert wizualnie, bo muzykom oprócz machania głowami w rytm ruchów smyczka zdarzało się zagrać na wiolonczeli trzymanej w powietrzu i do góry nogami. Koncert Hyperion nie stał się żywiołowym podkładem pod dzikie pogo, ale muzyka była intrygująca i słuchało się ich z przyjemnością.

Chyba nie ma wśród stałej widowni progresyjnych koncertów kogoś, kto nie znałby At The Lake. Zakładam jednak, że znajdą się tacy wśród czytelników. Zespół zagrał jako drugi i poruszał się w dość podobnej do Hyperion stylistyce. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że w At The Lake instrumentem nadającym ton całości nie jest perkusja czy gitara, a skrzypce. I to właśnie gra Mileny jest elementem, który z koncertów zapamiętuje się najlepiej. A może to tylko moja słabość do skrzypiec… Sam występ w Warszawie był jednak szczególny i różny od poprzednich, ponieważ część publiczności po raz pierwszy widziała At The Lake z nową wokalistką - Martą Wiśniewską, która zastąpiła za mikrofonem Małgosię Ługowską. Stwierdzam, ze zmiana ta nie wpłynęła drastycznie na muzykę i At The Lake pozostaje wierne swojemu gotycko-folkowemu stylowi. Chociaż nie należy wykluczać jakichś zmian w przyszłości... Warto zaznaczyć, że zespół pojawił się wspólnie z Týrem na kilku koncertach w ramach Power Drakkar Tour - oprócz stolicy były to m.in. Wrocław i Kraków. Ciekawe czy był to efekt przedsiębiorczości muzyków, czy może życzenie zespołu Týr. Niestety w stolicy, część widzów wybrała raczej piwo i telebim, na którym oglądali jak Hiszpania w ostatnich minutach wygrywa ze Szwecją, a jakiś czas potem Rosja cudem pokonuje Grecję. Nie da się ukryć, że Summer Jagórfest miał solidną konkurencję w postaci Euro 2008. Ciekawe jak poradzi sobie Hunterfest, który odbędzie się równolegle do finałów tego turnieju? Niewielka osób na sali podczas występu At The Lake mogła być spowodowana faktem, że część widzów czekała na mocniejsze uderzenie, które miały zagwarantować kolejne dwie kapele.

Około dziewiątej ci z widowni, którzy czekali na okazję do szaleństw pod sceną mogli wreszcie podnieść głowy znad kufli i oderwać się od telebimu. Dragon’s Eye wkroczyło na scenę z zamiarem poderwania wszystkich na nogi i plan wykonało w stu procentach. Potęga Smoczej Gały znana jest zresztą w Warszawie i okolicach, a ich wokalista - Seba ma opinię koncertowego szaleńca, który nie ustoi chwili spokojnie. A już na pewno nie ma możliwości, żeby publiczność sterczała i apatycznie popijała piwo, jak tubylcy na niemieckich festiwalach. Na szczęście charyzma Seby działa na ludzi i już po chwili Progresja machała głowami i innymi kończynami w rytm utworów z "The Newborn Killer". Do tego dodajmy Krajana siekącego solówki na swoim klasycznym Flying V i otrzymujemy solidny heavymetalowy show, gdzie pot kapie z sufitu i kłaki latają w powietrzu. Nie możemy się jakoś doczekać na wydane przez Dragonów kolejnej części "Świata Kropli", więc przynajmniej świeże kawałki grane na koncertach osładzają nam porażająco długie oczekiwanie na płytę. Miejmy nadzieję, że Dragon’s Eye w końcu znajdzie jakiś sposób i dostaniemy ten świetny kawał muzyki na srebrnym krążku.

Scena nie ostygła jeszcze dobrze, po płomieniach naszych rodzimych smoków, kiedy zainstalowało się tam trio zza południowej granicy - thrashowy Vidock. Mimo, że było ich tylko trzech, to zaprezentowali kawał porządnego grania, na wysokim poziomie technicznym, co, jak tłumaczył mi Krajan, nie jest częste w kraju piwa i knedliczków. Klasę Vidock potwierdza ich napięty terminarz koncertowy. Wprawdzie basista zespołu - David Hradílek - wyglądał nieco jak młodszy brat Alice Coopera, ale gdy nie zwracało się uwagi na jego kiczowaty makijaż, poplamioną "krwią" koszulę i szalone wygibasy, to można było zauważyć jak sprawnie posługuje się gitarą. Niestety, odbiór muzyki psuł dość amatorski wokal gitarzysty, miejscami zbliżający się raczej do melorecytacji po czesku. Na szczęście zespół szuka prawdziwego wokalisty, więc może będą z nich jeszcze ludzie. Póki co zaserwowali nam ponad godzinę solidnego thrashu, który nie pozwolił spocząć progresyjnej publiczności.

Gwiazda wieczoru, zespół Týr, to formacja, która już pojawiła się w Progresji. Musiało im się ogólnie spodobać w Polsce, gdyż w tym roku zawitali tu aż na dwanaście koncertów, w ramach trasy Power Drakkar Tour. W Warszawie po raz kolejny przekonałem się, że Týr jest zespołem koncertowym. Trzech rosłych wikingów stanęło na brzegu sceny. Gratką dla żeńskiej części publiczności był fakt, że panowie odpuścili sobie kolczugi czy płócienne koszule, które mieli na sobie na poprzednim koncercie. Każdy w inny sposób manifestował swoje wojownicze korzenie - jeden miał potężne mięśnie, drugi tatuaże, a trzeci brzuszek sugerujący słabość do miodu pitnego. Nie by to jednak pokaz modeli, ważna była muzyka. Tu metalowe ballady śpiewane chórem po farersku przez trzech muzyków sprawiały, że ciarki szły po plecach. Týr promował swoją płytę "Land", która zawiera tradycyjne sagi i ballady ze Skandynawii, nagrane z heavymetalowymi melodiami. Na koncercie zabrzmiały one niezwykle podniośle, a ja zaryzykuję powtórzenie myśli, którą chyba zawarłem poprzedniej relacji - Týr dobrze spisałby się i na dużej scenie w Progresji. A ideałem byłby festiwal na otwartym powietrzu gdzie głosy wojowników z Wysp Owczych niosłyby się daleko. Muzyka ta stworzona jest do wykonywania na żywo, do tego stopnia zyskuje, że momenty, które nudziły nas na płytach, nabierają nowego smaku wykrzyczane do mikrofonu. Trochę może brakowało odzewu publiczności, poza szalonym pierwszym rzędem, który machał głowami i wznosił pięści do góry. Cała reszta sali podchodziła do występu Týr raczej z dystansem.

Miejmy nadzieję, że Piotr Jagóra nie straci zapału i za rok zobaczymy kolejny Summer Jagórfest. Wprawdzie najlepiej byłoby, gdyby mógł on być w pełni "summer" i odbywać się na dworze, ale na bezrybiu i rak ryba… A jak już pisałem - nie od razu Kraków zbudowano, o!

Oryginał Autor: Paweł Verminard Kamiński