Ja! Gud fest!

Powiedzmy sobie szczerze: nasz kraj nie jest dla fanów heavy mlekiem i miodem płynący. Koncertów niewiele, zespołów niewiele, bieda Panie, bieda… I pewnie można by się użalać, słuchając w kółko "Kawalerii Szatana" doprawionej "Fear Of The Dark", gdyby nie takie imprezy jak Jagórfest. A dokładnie jego trzecia już edycja…

Tu winien nastąpić rys historyczny opisujący, jak festiwal się rozwijał, skąd wyszedł i dokąd zmierza, ale takiego fragmentu nie będzie. Przyczyna jest prosta, to było moje pierwsze zetknięcie z imprezą firmowaną przez Jagóra. Skład miała nader zachęcający. Testor i Witchking nagrały ostatnio bardzo dobre albumy. Witchking nawet swój wydał (ale nie w Polsce, o nie! tak dobrze to nie ma). Testor ze swoim ostro thrashującym "Next Stop Insanity" szuka wydawcy i nóż się w kieszeni otwiera, że jeszcze nikogo nie znaleźli… Oprócz nich na Jagórfeście zawitali metalowi weterani z Chainsaw, twardzi metalowcy z rzeszowskiego MonstruM i na okrasę dwie młodsze ekipy: Strefa Mocnych Wiatrów oraz Graal, gdzie na wokalach sam Jagór, organizator i konferansjer zarazem.

W tym miejscu dopada mnie wątpliwość, czy powinienem opisać zespoły grające na imprezie w porządku chronologicznym, czy może zacząć od tych, które wyrwały mnie z butów, a pozostałe zostawić na koniec. Żeby nie robić mętliku pojedziemy po kolei.

Strefa Mocnych Wiatrów została przez Jagóra ogłoszona drugim obok Running Wild słuchalnym zespołem szantowym. Butna zapowiedź, nie ma co. Tak naprawdę grali tradycyjny heavy z polskimi tekstami i cała ta otoczka szantowa była niezbyt słyszalna. No dobra, w ostatnich utworach wyłowiłem kilka skocznych melodyjek. Gdyby śpiewali o harleyach mogliby otwierać sezon motocyklowy. Nic odkrywczego, ale profesjonalnie zagrane. Do tego lider, który wie, że na scenie nie wystarczy stać i dobrze wyglądać, ale też trzeba do publiczności mówić. Fachowo nazywa się to interakcją. Sza(n}tan na pewno był zadowolony.

Po niespełna godzinie ze Strefą, na scenie zainstalował się Graal. I na początek zastrzeżenie: drogi panie Jagór, rozumiem, że może Pan nie być pewny swoich umiejętności wokalnych, to się zdarza. Ale czy trzeba to zaznaczać już przy zapowiedzi zespołu? Jeśli ktoś ma uznać, że jest Pan słabym wokalistą to i tak to zrobi, nie trzeba go specjalnie zachęcać. W końcu nie było źle, chociaż przed Graalem jeszcze wiele godzin prób i koncertów - póki co strasznie spięci są na scenie. Zagrali poprawnie, prawie udało im się skowerować Maidenów i nieco ruszyć publiczność, która jak to bywa na pierwszych występach, głównie sączyła piwo. Miło, że cały czas przybywało ludzi. Na moje oko w szczytowym momencie dało się spokojnie naliczyć ponad dwie setki braci metalowej. I prawie cały ten tłum ruszył pod scenę, gdy weszła nań krakowska formacja Witchking. Muzycy stanęli rzędem w mroku, prawdziwi synowie Morii wykuci w Mordorze … Wybrzmiało intro "Forged By Fire" i zaatakowali. Powinienem był napisać o zespole "prawie krakowski", bo wokalista Tom pochodzi z Warszawy i uprzedził resztę, że to miasto potrafi się bawić. Nie mogli mu potem zarzucić kłamstwa. Sala krzyczała, skakała, machała głowami, rękami i włosami. W połowie zadzwonił do Toma jakiś pierdziel, Halford mu chyba było. Dopytywał się, czemu tak słabo się bawimy. Można go było tylko wygwizdać, a chwilę później przy "Painkillerze" zrobić kolejny odjazdowy młyn. Witchking zmienił się od czasu, gdy widziałem ich ostatnio, jeszcze przed wydaniem debiutanckiej płyty. Tom okrzepł już zupełnie w zespole, nie da się też zauważyć, że chwilę przed rozpoczęciem trasy zmienił się perkusista. Stanowią zgrany oddział i słychać to dobrze - po prostu masakrują muzycznie. Nowy numer, który zaprezentowali miał nawet thrashowy klimacik - dobrze to wróży. Jeśli ktoś mieni się heavymetalowcem, miał na sobie katanę, a podczas koncertu Witchking siedział przy stoliku, to niech gruntownie przemyśli swoje postępowanie. Rzekłem.

Żeby podkręcić tempo, po Krakusach na deski sceny władowali się thrasherzy z Testora. Mimo rozrzutu wiekowego wewnątrz zespołu dogadują się znakomicie i przekłada się to na ich muzykę. Wokalista Kefir bez ogródek wyraził czego oczekuje od zgromadzonych w Progresji: Napieeerdaaalaaać!. I dali nam do tego odpowiedni podkład. Żeby wkupić się łaski publiczności wystarczy zrobić rzecz prostą: zagrać znany kawałek i pozwolić jej go śpiewać. Cóż nadaje się lepiej niż Metallica? Nic. Zmiażdżył mnie też "Smooth Criminal", który kiedyś nieudolnie wykonywał jakiś Jackson, że o klaunach z Alien Ant Farm nie wspomnę… A ich własne kawałki to prawdziwie zła poezja. "Next Stop Insanity", gdy w końcu wyjdzie, będzie lekturą obowiązkową dla fanów Exodusa, Testamentu i starej-jarej Metallicy. Gdy piszę te słowa od koncertu minęły dwa dni. Nadal boli mnie kark.

Powrót z klimatów zatoki San Francisco do krainy katan i dżinsów dla niektórych mógł okazać się bolesny. Przyznam, że sam nie do końca rozumiem panujący w niektórych kręgach kult zespołu MonstruM. Pierwsza płyta, to ciekawa wariacja na temat oldschool heavy. Ale druga jest taka sama, a w dodatku ma dużo mniej polotu. No i kawałek dla papieża… Dobrze, że dali sobie spokój z robieniem minuty ciszy na koncertach. Mimo tego, że uznawani bywają za zespół niemalże kabaretowy, na czas ich występu bar w Progresji niemal się wyludnił. Trzech gitarzystów fajnie wygląda na scenie, przynajmniej wiem skąd przydomek "polskie Maiden". Zagrali fajny zestaw numerów, piosenki mają skoczne, lekkie, przyjemne, da się miło przy tym bawić… Ale nic nie usprawiedliwia wykonania "Płoną góry, płoną laaasy" i czegoś z refrenem "To były piękne dni". Litości… Proponuję decyzję - albo gramy metal serio i zgrywamy twardzieli, albo robimy kabaret i kowery Czerwonych Gitar. (A Manowar, to co? - przyp. red.)

Po Monstrum publiczność wyraźnie stopniała. Fakt, że dochodziła północ jakoś to usprawiedliwia. Ale i tak odczuwam niesmak, że Chainsaw zagrał dla delikatnie mówiąc "niewielkiej grupy". Kto wyszedł, niech żałuje, bo Maxx z ekipą to już sceniczni wymiatacze. Atmosferę podgrzewali utworami z ostatniej płyty, wtykając thrashowy pazur tu i ówdzie, by zaraz potem kołysać lirycznymi kompozycjami z poprzedniego albumu. Brawurowo zagrali mieszankę "The Evil That Men Do" z "Breaking The Law". Mieli też dla nas nowy utwór - oj będzie się działo jak to wydadzą. Na bis coś dla najstarszych fanów - "Chainsaw Lover", kompozycja niemalże dziesięcioletnia i wspólne śpiewanie "No Time For Loosers, ‘cause We Are The Chainsaw”. Prawda to (nie)święta.

Jagórfest zakończył się hucznie, była jeszcze radosna integracja, wymiana koszulek i nocne Polaków rozmowy. Mam nadzieję, że za rok spotkamy się w lepszym składzie. I tego trzymać się trzeba.

Oryginał Autor: Paweł Verminard Kamiński