Rekordowa liczba zespołów!

Jagórfest zdążył się już wpisać na stałe w grudniowy grafik koncertów. Co prawda skład w połowie pokrywał się z zeszłorocznym (ba, nawet kolejność była ta sama), to jednak z chęcią wybrałem się na ten festiwal. Poza zespołami już uznanymi było kilka młodych kapel, a tym zawsze warto się przyjrzeć i przekonać, jak brzmią na żywo.

Tegoroczna edycja Jagórfestu to rekordowa liczba zespołów: aż osiem, w związku z czym cała impreza zaczęła się dość wcześnie, już o 18. Pierwsi na scenie zameldowali się młodzi thrasherzy z Thrash M. Nie spodziewałem się zbyt wiele, bo trzy kawałki dostępne na MySpace jakoś specjalnie mnie nie zachęciły. Tymczasem Thrash M zagrał naprawdę dobrze. W wersjach koncertowych takie utwory jak „Hated To Death” czy „Life Is A Lie” zabrzmiały dużo lepiej. Czuć było radość z grania, wszystko składało się na jakąś sensowną całość. Przypadły mi bardzo do gustu utwory spoza dema: otwierający koncert „Tankard of beer” (czyżby hołd dla niemieckich thrasherów?), „Give'em Hell” i przebojowe jak cholera „Thrash The City” (ach, te thrashowe tytuły). Sporo w tym było wczesnej Metalliki i Megadeth, ale bez nachalnego kopiowania. Chłopaki chyba sporo ćwiczą, bo efekt było słychać. Jest coraz lepiej i będę na nich patrzył z uwagą. Szkoda że mieli tylko 20 minut, ale i tak maksymalnie je wykorzystali.

Następny zespół, Homeless Rockers, miał chyba najbardziej żywiołowo reagującą publiczność. Nie wiem, na ile to byli fani zespołu, a na ile po prostu koledzy i koleżanki z gimnazjum. W każdym razie pod sceną zaroiło się od popiskujących nastolatek, widok niecodzienny i niezapomniany. Sam zespół złożony z bardzo młodych ludzi zapewniał nam dwudziestokilkuminutową dawkę rockandrolla. Było bardzo żywiołowo, publika krzyczała z z zachwytu, gdybym tylko był w stanie uwierzyć, że było to szczere, hehe. Przyznam, że warsztat mają naprawdę dobry, pomysły na kawałki są, umiejętności im odmówić też nie mogę. Ale jednak coś mi tu nie pasowało. Sprawiali wrażenie jakichś strasznie zblazowanych gości, którzy osiągnęli nie wiadomo co i zgrywają wielkich chojraków. Brakowało mi tu odrobiny pokory, którą było widać u Thrash M. Tu mieliśmy prawie gwiazdorskie zachowanie, które mi osobiście nie leży, nie wiem, może się czepiam. Wokalista usilnie chciał zostać drugim Axlem Rose'em. Te same ruchy, bardzo podobny głos, ogólnie całość brzmiała bardzo gunsowo, czasem za bardzo. Podsumowując - koncert dobry, zwłaszcza muzycznie, choć prosiłbym o mniej Gunsów, a więcej samych Homeless Rockers.

Następnych w kolejce mieliśmy Strefę Mocny Wiatrów czyli pierwszą powtórkę z rozrywki z zeszłego roku. Nie znoszę szant, nie podobał mi się zeszłoroczny koncert Strefy, tymczasem... w tym roku kupili mnie! No nic nie poradzę, że te ich żeglarskie piosenki zagrane na mocną rockową nutę zabrzmiały naprawdę dobrze! Zaczęli od „Roku 1588”. Usłyszeliśmy jeszcze m.in. „Valhallę”, „Sztormową opowieść”, „Robinsona Kruzoe”, świetnych „Kanonierów”, maidenowo brzmiących „Królów mórz”, była pieśń poświęcona tragedii Kurska, była zagrana chyba na koniec „Hiszpańska krew”. W „Pieśni skazańca” gościnnie zaśpiewał sam organizator czyli Jagór. Skoro w tym roku nie występuje z żadnym zespołem, to widocznie postanowił powystępować u kilku zespołów gościnnie, hehe. Przyznam, że wypadł w tym kawałku naprawdę przekonująco. 13 grudnia to nie tylko urodziny Jagóra, z okazji których odbywał się Jagórfest. To także kolejna rocznica wprowadzenia Stanu Wojennego. I jak to powiedział wokalista Strefy, choć uważa, że polityka i muzyka nie powinny się mieszać, to z okazji rocznicy zrobi wyjątek: „na pohybel czerwonym!”. Jak się okazało, nie był to jedyny akcent tego typu tego wieczoru. Ale o tym za chwilę. Podsumowując: Strefa dała naprawdę dobry występ i jak się okazuje, zespołom trzeba dawać szansę, bo jak nie za pierwszym razem, to może za drugim zaskoczy.

Tuż przed wejściem kolejnego zespołu na scenę – Dragon's Eye, usłyszeliśmy ...przemówienie gen. Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Wokalista, Seba, zresztą przez cały koncert wspominał o stanie wojennym w żartobliwy sposób. Poza tym było typowo dragonsajowo. Przyznam, że zgubiłem Dragonsów gdzieś przy jedynce "Świata kropli" i późniejsze kawałki znam tylko z koncertów. Jakoś bardziej mi chyba odpowiadał ten wczesny okres Smoczej Gałki, gdy grali typowy heavy metal. Teraz grają ciężej, choć i bardziej rock'n'rollowo. Jest mocno, z przytupem i bardzo koncertowo. I świetnie się tego słucha, ale jakoś mnie nie porywa, dlatego chyba nie jestem najlepsza osobą do pisania relacji z ich występu. Tytułów nowych kawałków nie kojarzę, najbardziej przypadł mi do gustu tytułowy „Black City” z nowej płyty. W setliście znalazło się miejsce na cover AC/DC. Seba nawet założył na potrzeby tego utworu czapeczkę a' la Brian Johnson (wszystko fajnie, ale „Highway to Hell” to kawałek z ery, gdy wokalistą był jedyny, niepowtarzalny, genialny Bon Scott). Gościnnie w tym kawałku zaśpiewał Kefir z Testora, a i na scenie znalazł się na chwilę znowu Jagór. Kawałek ruszył leniwą nieco publiczność, która ruszyła do tańca. Na koniec najpierw Krajan zagrał riff do „Last Drop”, ale Seba szybko go uciszył („weź, ich nie prowokuj”) i zagrali stare dobre „Crimson Legion”. Może Seba tego utworu nie lubić, ale to naprawdę świetny utwór i co tu kryć, dla mnie najlepszy moment ich koncertu, szkoda że to był jedyny kawałek stary, zagrany tego wieczoru. Dobry, energetyczny występ, choć do mnie nie trafiło zbytnio.

Następny w kolejce był Testor. Niby wszystko na miejscu – solidne thrashowe łojenie, ale mnie nie do końca porywa, chyba jakiś oporny jestem. Zarzucić im jednak nic nie mogę, zagrali naprawdę dobrze. Setlista głównie obejmowała kawałki z „Next Stop Insanity”: tytuły,ale było też miejsce na jakiegoś starocia i zupełnie nowy kawałek (bardzo dobry swoją drogą). Tu też znalazło się miejsce na cover. Testor standardowo zagrał „Enter Sandman” Metalliki, tyle że zaśpiewane na dwa głosy. Jak można się domyślić, drugim śpiewającym był Jagór. Chyba lepiej mu wyszło ze Strefą, ale tu też nie było źle. I to przy tym kawałku najgęściej zrobiło się pod sceną. To trochę smutne, że akurat covery przyciągają najbardziej pod scenę, a nie własne utwory zespołu, cóż, takie życie. Koncert podobał mi się bardziej niż rok temu, czyli jest tendencja zwyżkowa, myślę, że się jeszcze w pełni przekonam do ich grania. Na razie jest naprawdę nieźle.

Na koniec zestawu zeszłorocznego Chainsaw. Tu niestety sprawa wygląda jak w przypadku Dragon's Eye i Testor – mamy kolejny zespół, który mi nie leży. O ile Testor tym razem spodobał mi się, to z Chainsaw nic się nie zmienia. No jakoś nie mogę się do ich grana przekonać. Widziałem ich bodajże piąty raz i co mogę powiedzieć. Warsztat bez zarzutu, nowy basista, Paweł "Kot" Kociszewski, świetnie wpasował się w zespół, pełen profesjonalizm na scenie. Usłyszeliśmy jakieś 4 nowe kawałki, najbardziej przypadł mi do gustu tytułowy „Evilution”, był też kawałek „Supernature's Queen”, znany z MySpace zespołu, gdzie w wersji studyjnej zaśpiewał Titus z Acid Drinkers. Słychać z nowych kawałków, że szykuje się solidny album. Poza tym było m.in. „Memories” dedykowane Olassowi z Acid Drinkers, był też polski akcent w postaci „Otchłani”. Na szczęście darowali sobie cover Obywatela G.C. „Tak, tak”, który jak dla mnie jest w ich wersji okropny. Szkoda że na koncercie Chainsaw było już niewiele osób, choć i tak było pod tym względem lepiej niż rok temu.

Na ostatnich dwóch zespołach zostali najwytrwalsi. Najpierw na scenie pojawił się Privateer. Zespół gra power/heavy, więc nie wiem, czemu wokalista miał makijaż a la miś panda hehe. Mimo pustek pod sceną, zespół bawił się świetnie, publika też, bo zespół zagrał nawet bisy. To, co słyszałem na MySpace ich średnio mi przypadło do gustu, bo nie znoszę klawiszy w heavy metalu (są chlubne wyjątki), a w ich kawałkach było ich sporo i do tego wybitnie zmiękczały ich muzykę. Na szczęście na koncercie wystąpili bez klawiszy i zabrzmiało to naprawdę nieźle i spodobało się nawet mnie, unikającemu europoweru jak ognia. Tu zabrzmieli wyjątkowo ostro i tylko pod koniec, w bodajże 2, 3 utworach puszczono klawisze z taśmy. Na szczęście cicho, ale i tak nie rozumiem, po co w ogóle je dodawać. Fanem ich raczej nie zostanę, ale trzeba przyznać, że w tym co robią, są dobrzy, osobne słowa uznania dla nowego wokalisty, Merota, znanego zapewne niektórym z Black Horsemen – naprawdę świetny wokal, brawo!

Na sam koniec dla mocno przetrzebionej już publiki zagrał Metamorfizm. Ci bardziej kumaci i biegli w temacie wiedzieli, że jubilat śpiewał w tym zespole przez 2,5 roku, zanim pojawił się w heavymetalowym Graalu. Oczywiście nie obyło się w związku z tym bez koljnego, ostatniego już gościnnego udziału Jagóra. Dla ludzi kojarzących go z bardziej melodyjnym graniem, jego nieludzkie jęki w Metamorfizm zadziwiały. Sam zespół reklamuje się jako black/death, aczkolwiek słychać tu też wpływy z innych gatunków metalu. Brzmiało to całkiem ciekawie, choć fakt, że pora byłą już późna, a niżej podpisany był już solidnie zmęczony, ciężko powiedzieć coś konkretnego. Przyznać na pewno muszę, że same tytuły kawałków niszczyły: „Krwawa dyskoteka” czy „Wywłoka Szatana”... Ciężko było cokolwiek zrozumieć z tekstów, bo wokalista posługiwał się strasznie nieczytelnym growlem, czego nie znoszę, ale widocznie taka konwencja.

Koncert zakończył się tuż przed pierwszą. Mocno już zmęczony Jagór podziękował najwytrwalszym, jak i tym, którzy pomogli mu w organizacji i promocji imprezy. Nie wiem, czy była to najlepsza edycja Jagórfestu, na pewno najdłuższa. Cieszy, że było zróżnicowanie gatunkowe i chyba każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Następna edycja za rok, choć możliwe, że odbędzie się również letnia edycja. Na obie już teraz gorąco zapraszam.

Oryginał Autor: Maciek Rojewski